niedziela, 11 stycznia 2015

Styczniowy Book Haul

Jak już jesteśmy w temacie literackim, to zaprezentuję moje pierwsze w tym roku książkowe zakupy. Szukałam miejsca, w którym znajdę wszystkie interesujące mnie tytuły, żeby nie rozdrabniać się na kilka przesyłek. Udało się i zakupy zrobiłam w Arosie - dyskoncie książkowym (jak się dowiedziałam z taśmy, która milion razy okleiła moją paczkę ;)). Ceny bardzo korzystne, za przesyłkę kurierem zapłaciłam około 10 zł. Za to sam kurier i firma DPD coraz bardziej doprowadzają mnie do szału - nie po to zamawiam kuriera, żeby ten, nie informując mnie, zostawiał przesyłki u losowo wybranych sąsiadów. Chyba wiadomo, że większość ludzi do godziny 16 jest nieobecna, ale po coś ten numer telefonu zawsze podaję, prawda...? Wracając do Arosa - świetna księgarnia, ogromny wybór, ceny książek o około 5-10zł niższe od ceny nadrukowanej na okładce. Słowem - polecam! A co kupiłam?


1. Mark Helprin "Zimowa opowieść"
Miałam ją kupić i przeczytać dawno temu, ale zawsze "coś". W końcu ją dorwałam. Piękne wydanie z twardą okładką. Może mam jakiś fetysz, bo naprawdę uwielbiam ją dotykać. Jest taka a la zamszowa... :) Na odwrocie zachęta od Doroty Wellman, którą osobiście bardzo lubię:

Przeczytałam i zgłupiałam. Co to jest? Baśń, fantasy, romans? Cudowne pomieszanie z poplątaniem, wciągający literacki labirynt. Czytając, byłam zagubiona i zachwycona jednocześnie.



Jako że od treści, którą uznam za wartościową oczekuję emocjonalnego tsunami, już się nie mogę doczekać, żeby ją przeczytać. Zapomniałabym - jest ekranizacja! Pewnie jak przeczytam, to i obejrzę, chociaż jak tak dalej będzie, to będę musiała zawęzić profil bloga do czytane vs. obejrzane.

2. Gillian Flynn "Mroczny zakątek"
Tak mi się "Zaginioną dziewczynę" miło czytało, że postanowiłam sprawdzić, co ciekawego jeszcze ma do zaproponowania Pani Flynn. Rekomendacja od Stephena Kinga:

Gillian Flynn naprawdę potrafi w błyskotliwy, złośliwy i porywający sposób opowiadać historie i ma talent do opisywania makabrycznych rzeczy.



No więc właśnie. Wspomniana złośliwość autorki ujęła mnie najbardziej. Lubię sarkastycznych ludzi.

3. Tiziano Terzani "Koniec jest moim początkiem"
Świadomość umierania jest czymś trudnym, nieodgadnionym, ale czeka każdego z nas. Co byś zrobił/a, gdybyś dowiedział/a się, że został Ci miesiąc życia? Pewnie nie raz się nad tym zastanawialiście. Pofarbowałam włosy na różowo, odżywiałabym się przez cały dzień wyłącznie żelkami Haribo i obejrzała przez dobę tyle odcinków "Bones", ile dałabym radę. Zaraz, ja już to wszystko zrobiłam. To co bym zrobiła? Pewnie wpadłabym w rozpacz, szał, gniew... i pewnie dlatego tak bardzo cenię ludzi, którzy się z tym godzą, zwyczajnie biorą to na klatę i starają się przeżyć swoje ostatnie chwile z ogromną wdzięcznością, godnością i przyjemnością. "Koniec jest moim początkiem" jest pośmiertną książką wielkiego dziennikarza, Tiziano Terzani, który przegrał walkę z rakiem.


4. Jeffrey Eugenides "Intryga małżeńska"
Kiedy mając naście lat przeczytałam "Samobójczynie", znane również jako "Przekleństwa niewinności" (a potem je obejrzałam, bo Sofia Coppola wzięła się za ekranizację), byłam zakochana w młodzieńczym stanie zagubienia i rozpaczy. Siostry Lisbon były mi bardzo bliskie. Kilka lat później, w domu moich dziadków, trafiłam na "Middlesex", pięknej historii o zagubionym hermafrodycie. To był ważny moment w moim życiu, pierwszy raz poznałam znaczenie słowa "hermafrodyta"! ;) A teraz czeka na mnie kolejna książka Eugenidesa, co do której mam naprawdę spore oczekiwania. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Rekomendacja Sylwii Chutnik:

Opowieść o dojrzewaniu i miłości ukrytej między uliczkami amerykańskiego kampusu a stronami książek. To właśnie literatura prowadzi bohaterów i towarzyszy im w ważnych momentach życia.


Czego chcieć więcej? Miłość i literatura? Biorę!

5. Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy. Portret podwójny"
Nie jestem pewna, kogo poznałam wcześniej - Zdzisława czy Tomka, niemniej obaj mnie fascynowali. Pamiętam, jak na ustnej maturze wykłócałam się z polonistką z komisji o to, do jakiego nurtu podpiąć twórczość Beksińskiego. Ona upierała się na surrealizm, ja twardo trzymałam się zdania, że jeżeli musi upychać go gdziekolwiek, to najbliżej mu do katastrofizmu. Tak, zdałam maturę. ;) Nawet bardzo dobrze. Panowie Beksińscy są dla mnie z półki tych ponadprzeciętnych, tajemniczych, wartych poznania. Podobnie jak Wojaczek, Grochowiak czy Gielniak... Pamiętam moment, w którym dowiedziałam się, że Zdzisław Beksiński został zamordowany. To było w 2005 roku, a ja chodziłam do ogólniaka. Zadałam sobie wtedy pytanie: jak kurewsko destrukcyjnym narodem musimy być, skoro sami wyżynamy najwyższą wartość naszej kultury?


Oczywiście, jak tylko skończę czytać, podzielę się wrażeniami. Tymczasem!

sobota, 10 stycznia 2015

Pierwsza książka w 2015!

Zazwyczaj nie ulegam presji bestsellerów, ale trzymanie się z dala od konsumpcjonizmu (żyjąc w mieście) bywa ciężkie. Złamałam się i w grudniu kupiłam książkę. Książkę obrandowaną "bestsellerem". W dodatku z filmową okładką, czego zazwyczaj nie znoszę. Tak, książka doczekała się ekranizacji, o czym później. Ponieważ na chwilę obecną mam 3 rozpoczęte książki, staram się nie zaczynać niczego nowego, ale po kolejnym podejściu do "Trafnego wyboru" J. K. Rowling, stwierdziłam, że już chyba nigdy przez nią nie przebrnę, więc mogę sobie pozwolić na coś pocieszającego. I tak zabrałam się za "Zaginioną dziewczynę" Gillian Flynn.

"Zaginiona dziewczyna" to jedna z tych książek, w które wpada się jak w czarną dziurę. No dobrze, może nie aż tak, bo z czarnej dziury nie ma wyjścia, ale chodzi o to, żebyście poczuli, jak bardzo ta książka wciąga. I jak bardzo gra na emocjach, a to, jak już pewnie wspominałam, bardzo sobie cenię.


Co sobie najbardziej cenię w grze na emocjach? To, że ta książka ewidentnie zrobiła mnie w konia. Wylazła moja hipokryzja i brak obiektywnego spojrzenia na sytuację. I kolektyw, główna cecha rodu żeńskiego.

O czym?
Nick i Amy są małżeństwem. Byli szczęśliwi i zakochani w Nowym Jorku, skąd pochodzi Amy, teraz są nieszczęśliwi i niekoniecznie zakochani w Missouri, skąd pochodzi Nick. Tę uroczą parę poznajemy w bardzo wyjątkowym i nieszczęśliwym dniu 5. rocznicy ich ślubu. W dodatku w dniu, w którym zaginęła Amy. Ślady w domu sugerują uprowadzenie. Jednocześnie coraz więcej podejrzeń pada na Nicka.

Fabuła jest narysowana "oczami" Nicka i Amy. W przypadku Amy jest to dziennik, w przypadku Nicka - cholera-go-wie-co. Z dziennika Amy dowiadujemy się, że w ich małżeństwie jest źle. Sielanka się skończyła, oboje stracili pracę w NY, matka Nicka umiera na raka, jego ojciec ma Alzheimera, słowem - czas wracać w rodzinne strony i zająć się rodzinnym śmietnikiem. Rodzice Amy są nowojorskimi psychologami i autorami książek o przygodach dziewczynki imieniem Amy, które przyniosły im niezłą fortunę i sławę. Niestety, nastąpił moment, w którym powinęła im się noga i potrzebują oszczędności swojej córki. Po przeprowadzce do Missouri, Amy pożycza resztkę swoich pieniędzy Nickowi i jego bliźniaczce, Go, którzy za pożyczone pieniądze otwierają bar.

Nick i Amy mają specyficzną tradycją, którą pielęgnują w każdą rocznicę ślubu. W zasadzie to bardziej sprawka Amy. Każdego roku, w dniu rocznicy, Amy organizuje Nickowi małe poszukiwania. Nick znajduje listy, w których kryją się kolejne wskazówki. Dotychczas ta zabawa go irytowała, bo uważał, że bezlitośnie go poniża i pokazuje jak kiepsko zna własną żonę. W tym roku jest inaczej. W tym roku Nick kapnął się, że liściki nie dotyczą wyjątkowych miejsc dla jego żony, ale miejsc, w które zabierał swoją kochankę.

Tak, Pan Mąż ma kochankę. Przez mniej więcej połowę książki współczujemy Amy. Raz nawet napisała, że Nick ją uderzył. Tu wylazła moja typowo kobieca przypadłość - kobiety traktują się jak kolektyw. Nick to skurwiel, pomyślałam. A potem okazało się, że Amy jest psychopatką, która upozorowała swoje zaginięcie i być może śmierć, żeby zemścić się na mężu.

Jeszcze kilka ciekawych zwrotów akcji nastąpiło, zainteresowanych odsyłam do lektury. Nie do końca rozumiem zakończenie. Na zasadzie "ale jak...?!!!". A jak tylko skończyłam czytać, wzięłam się za film.


Film jest długi, urywa pewne wątki i nie wyjaśnia niektórych, bardzo istotnych zresztą rzeczy. Stąd sporo pytań na forach od osób, które nie czytały książki. Drewniana gra Affleck'a jak najbardziej pasuje do postawy niewzruszonego zaginięciem swojej żony męża. Pike też pasuje do zimnej, mściwej socjopatki. Nie są to wyżyny kinematografii, ale na niezobowiązujący intelektualnie wieczór można sobie pozwolić. ;)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Metafizyka płci

W olsztyńskiej Galerii Sztuki BWA możemy aktualnie obejrzeć świetną wystawę o tajemniczym tytule "Metafizyka płci". Ludzi nijak związanych z filozofią pewnie samo słowo "metafizyka" przyprawia o ból głowy. Metafizyką może zajmiemy się kiedy indziej, teraz chcę wam opowiedzieć o tym, co skrywa ów tajemniczy tytuł. :)

METAFIZYKA PŁCI 
Wizja kobiety demonicznej Stanisława Przybyszewskiego i jej echa w twórczości artystów polskich XX wieku

Teraz pewnie już wiecie. Wernisaż odbył się 4 grudnia i miałam przyjemność w nim uczestniczyć. Kuratorem wystawy jest Łukasz Kossowski, historyk sztuki, malarz, poeta. Wystawę będzie można oglądać do stycznia w głównej sali olsztyńskiej Galerii. Co ciekawego możemy obejrzeć? Prace Witkacego, Weissa, Lebensteina, Schulza, Sroki. Wśród nich znajdziemy grafiki, obrazy i rysunki. Całość dopełniona jest cytatami z wypowiedzi artystów. Przyjemny klimat, chociaż mam kilka uwag do całości, ale o nich napiszę na końcu.

Zamysłem wystawy było ukazanie wpływu Przybyszewskiego na artystów kolejnych pokoleń. Dla niewtajemniczonych, Przybyszewski miał bardzo odważne poglądy na temat płci pięknej (określenie "płeć piękna" obok jego nazwiska to taka moja złośliwość ;)). Meteor Młodej Polski, bo tak określono Przybyszewskiego na jego własnym grobie, uchodził za alkoholika, erotomana i wyznawcę kultu artysty. Nie przejmował się żadnymi ramami, był smutnym i zagubionym egoistą. Podobno był satanistą, ale spotkałam się też z opinią, że u schyłku życia wrócił na łono kościoła katolickiego. 

W moim odczuciu wystawa ma raczej stawiać pytania niż dawać odpowiedzi. Zachęcać do dyskusji na temat płci i seksualności człowieka. Punktem wyjścia jest kobieta.

W twórczości Przybyszewskiego natkniemy się na fascynację nihilizmem, z której wywiódł "metafizykę płci", czyli walkę kobiety z mężczyzną. Kobieta - demon wychodzi z tej walki zwycięsko i jest zawsze powodem zguby mężczyzny. 

Czego mi zabrakło? Witkacego, oczywiście. Za dużo Sroki. I w zasadzie to jedyne rzeczy, do których mogę się przyczepić. Całość jest uwodzicielska, tajemnicza i demoniczna, jak to kobieta. :) Zachęcam do odwiedzania BWA. W wyniku mojego zamotania życiowego, nie mam fotografii z tego wyjątkowego wydarzenia, jednak po namiastkę i wprowadzenie do wystawy odsyłam was na stronę Galerii Sztuki --> klik

sobota, 15 listopada 2014

Tramwaj zwany pożądaniem


Tennessee Williams napisał tę sztukę w 1947 roku, rok później otrzymał za nią Nagrodę Pulitzera. Przyniosła mu sławę i rozgłos, które nie cichną po dziś dzień.

16 października miałam przyjemność oglądać retransmisję spektaklu w Multikinie. Obejrzenie Gillian Anderson "prawie" na żywo było wspaniałym przeżyciem. Przedstawienie zostało pokazane w kilkuset kinach, w ramach cyklu "National Theatre Live".

Tym razem "Tramwaj zwany pożądaniem" został przygotowany przez Young Vic. Young Vic znany jest z odwagi, ekstrawagancji i eksperymentów. To miejsce stworzone dla reżyserów poszukujących niestandardowych teatralnych rozwiązań oraz widzów, którzy pragną powiewu świeżości dla tradycyjnego teatru. Zwiastun -> klik

Williams ma niesamowity dar tworzenia przytłaczającej atmosfery. Historia rozgrywa się w latach 40. XX wieku w Nowym Orleanie. Pewnego wieczoru do Państwa Kowalskich przyjeżdża elegancka Blanche. Siostra Pani Kowalski znalazła się w ciężkiej sytuacji życiowej i szuka u niej zrozumienia i wsparcia. Tak się przynajmniej wydaje na początku historii. Z biegiem czasu wychodzi na jaw, że Blanche sprzedała rodzinną posiadłość, straciła posadę nauczycielki przez romans z uczniem, a ostatnie lata spędziła na prowadzeniu dosyć rozwiązłego stylu życia... Stella martwi się o siostrę, brutalny mąż Stelli, Stanley chce się jej pozbyć, a sama Blanche powoli przestaje odróżniać rzeczywistość od swojej wyobraźni.

Świetna i wciągająca historia. Gęsta atmosfera sprawia, że widz czuje, że sam uczestniczy w tej skomplikowanej historii. W niedługim czasie mam zamiar obejrzeć wielokrotnie nagradzaną ekranizację z 1951 roku. Dam znać, która odsłona jest wg mnie lepsza. ;)

poniedziałek, 13 października 2014

Drzwi

Podobno symbolizują przejście z jednego stanu w drugi. Coś w tym jest, bo jak tylko wchodzę do domu po pracy, zdejmuję zegarek. Nie mam żadnych negatywnych skojarzeń z moim zegarkiem, wręcz przeciwnie, to urodzinowy prezent od mamy. A jednak to właśnie on, w chwili przekroczenia progu drzwi, uwalnia mnie, daje przyzwolenie na przejście w tryb domowy. 

W ubiegły poniedziałek byłam na wystawie. Innej niż wszystkie. W zasadzie słowna otoczka wydała mi się zbędna, bo bez pamięci moim sercem zawładnęły... drzwi.


Perełki architektoniczne w każdym mieście przykuwają moją uwagę. Mogę je oglądać bez końca. Stare drzwi w rozwalającej się kamienicy też są perełką. Są małym dziełem sztuki.






Serdecznie gratuluję autorce, Krystynie Janusz. Wystawę można oglądać w Starej Kotłowni (Kortowo).
A czym dla Ciebie są drzwi? Marzą mi się soczyste, czerwone, angielskie drzwi wejściowe.

sobota, 20 września 2014

Papierowa miłość cz.2.

Druga historia miłosna, która poruszyła moje emocje do granic możliwości. "Jeden dzień" autorstwa Davida Nichollsa opowiada o losach dwójki szczególnych ludzi, Emmy i Dextera, którzy spotykają się raz do roku. Zawsze tego szczególnego, jednego dnia - 15 lipca.

Poznali się na studiach, spędzili ze sobą noc po ceremonii wręczenia dyplomów i na tym miało się zakończyć. W końcu są skrajnie odmiennymi osobowościami.

 
Emma jest idealistką, typem zaangażowanego społecznika i ukrytego za górą książek wrażliwego ducha. Nosi okulary, kocha teatr i sprzeciwia się konfliktom politycznym. Jest przewrażliwiona i ma kompleksy. W życiu nie idzie jej lekko, na wszystko musi ciężko zapracować, a wcześniejsze ideały zostały szybko zdeptane w zderzeniu z okrutną rzeczywistością. Łatwo przyszło mi utożsamienie się z Emmą, chociaż irytowała mnie prawie non-stop. Emma jest przemądrzała i lubi wszystkich pouczać, a mimo to, jest jednocześnie głęboko przekonana o swojej kruchości i beznadziei. Najbardziej irytujące było szukanie zachwytu jej osobą u innych, a następnie negowanie go na wszystkie możliwe sposoby. Emma nie potrafi przyjmować komplementów i nie wierzy w siebie. Szuka uczucia, które zawładnie jej duszą.

Dexter to zupełnie inna bajka. To pewny siebie przystojniak, który żyje w przeświadczeniu, że świat leży u jego stóp. Jest arogancki, chce osiągnąć wiele, ale tak na dobrą sprawę nie do końca jest zdecydowany, jaki kierunek w życiu obrać. Sukcesy przychodzą mu bez większego wysiłku. Wielbiciel skrajnego hedonizmu.

Ona dostaje pracę w beznadziejnej knajpie. Zderzenie idealisty/myśliciela/wrażliwca z gastronomią nie jest czymś dobrym. Znam z własnego doświadczenia. Każdego dnia, dzięki klientom, czujesz, jak cząstka twojej duszy umiera bezpowrotnie.
On robi karierę w telewizji. Świat adrenaliny, pięknych kobiet i niekończącej się listy używek jest bardzo atrakcyjny.

Od tego miejsca wystąpią SPOILERY. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Każde z nich kroczy własną ścieżką, każde ma odrębny świat. Są przyjaciółmi, piszą do siebie, spotykają się. Są też chwile, kiedy nie chcą się znać. Czy tych dwojga kiedykolwiek połączy coś więcej niż przyjaźń? Oczywiście, że tak. Powiem wam jednak, że zajmie im to chwilę. Dłuższą nawet. Ten moment nastąpi i warto na niego czekać. W międzyczasie Dexter żeni się i rozwodzi, a nawet przychodzi na świat jego córeczka. Emmę również spotyka kilka rozterek miłosnych, jednak za każdym razem to nic poważnego.

Cóż takiego stało się w tej historii, co rozszarpało moje nerwy na strzępy? Naprawdę z wielką niecierpliwością, mimo irytacji Emmą i drobną pogardą dla Dextera, czekałam na moment, w którym zrozumieją, że muszą być razem, że są dla siebie stworzeni, że znają się na wylot, rozumieją bez słów. Kibicowałam bardzo mocno. Książka jest napisana w taki sposób, że czytelnik czasem czuje, że przekracza granice czyjejś intymności. Emocje i przemyślenia bohaterów są bardzo dokładnie i szczegółowo opisane. I właśnie wtedy, kiedy już wszystko miało być cudownie, Emma umiera. I tak jak wszystkie wcześniejsze zdarzenia były rozpisane czasem aż za bardzo, tak śmierć Emmy zajęła pół strony. Jechała rowerem, jakiś palant wyjechał z boku, bach, nie ma Emmy. Szlag mnie trafił. Byłam autentycznie wściekła, że autor potraktował tak dramatyczny moment po macoszemu. Oczywiście, domyślam się, że był to zabieg celowy i Nicholls może być z siebie dumny, że doprowadził mnie to tak silnych uczuć.
Książka jest świetna i każdemu ją polecam. Dla ignorantów książkowych, dostępna jest ekranizacja pod tym samym tytułem.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Papierowa miłość

Książki o miłości należały przez sporą część mojego życia do kategorii "Absurdalne; nie warto na nie tracić czasu". Wydawało mi się, że czytają je przede wszystkim nieszczęśliwe kobiety, które po takiej lekturze jeszcze bardziej epatują zawodem miłosnym, brakiem księcia na białym koniu itp. A ja przecież jestem kobietą sukcesu, spełnioną, której miłości/faceta nigdy nie brakowało. Ba! Kobietą, która nigdy za żadnym uganiać się nie musiała, nigdy nie ryczała do poduszki, że żaden jej nie chce. Muszę zaznaczyć, że specjalistka ze mnie żadna i na swoje 26 lat życia przypadły mi 2 poważne związki (drugi jest aktualny). Może to dlatego, ze zainteresowanie płcią przeciwną zbiegło się w czasie z pierwszym poważnym związkiem. A może dlatego, że gdy coś się kończy daję sobie czas na rozpacz, po której przechodzę w stan "miej wyjebane, będzie ci dane".

Wstyd się przyznać, ale do pierwszej lektury trafiłam przez film. Po raz kolejny obietnica "najpierw książka, potem film" nie znalazła spełnienia w rzeczywistości. Film nie byle jaki. Cudowny, wciągający i strasznie smutny. Wracam do niego w chwilach życiowej beznadziei, kiedy czuję, że nic, absolutnie nic, poza kocem, piżamą, paczką haribków i dobrym drinkiem, nie ma najmniejszego sensu. Nastrój podkręca muzyka genialnego Ryuichi Sakamoto --> klik. Polecam od 3:28.

Kto kliknął, już wie o jakim filmie mowa. "Wichrowe wzgórza" doczekały się chyba z miliona ekranizacji, ale ja widziałam tylko tę i tej pozostanę wierna. Film z 1992 roku. W rolach głównych Juliette Binoche oraz uwielbiany przeze mnie Ralph Fiennes. Nie będę rozpisywać się o filmie, bo tekst miał być o książkach. Wszystkim, spragnionym dramatyzmu i rozpaczy, serdecznie polecam.




Autorką książki jest Emily Bronte. To jej jedyna powieść. Została wydana w 1847 roku pod męskim pseudonimem. Wokół sióstr Bronte krąży wiele legend i plotek, z których najodważniejszą jest teoria jakoby autorką wszystkich powieści była Charlotte Bronte. Jak już przeczytam wszystko sióstr Bronte, spróbuję odnieść się do tej teorii.

Tytułowe Wichrowe Wzgórza to posiadłość Earnshawów. Drugim, skupiającym akcję miejscem jest Drozdowe Gniazdo, posiadłość Lintonów. Głównymi bohaterami "Wichrowych wzgórz" są: córka Earnshawa, Kate oraz przygarnięte przez niego cygańskie dziecko, któremu nadaje imię Heathcliff. Z grubsza chodzi o to, że brat Kate nienawidzi Heathcliffa, Kate Heathcliffa kocha, ale nie przeszkadza jej to w wydaniu się za mąż za bogatego Edgara Lintona. Wiem, że zabrzmiało jak telenowela brazylijska, ale tego nie można opowiedzieć, w to po prostu trzeba całym sobą wejść. Tylko wtedy przekonacie się jak ogromną i niszczycielską siłą była miłość tych dwojga. I jak zapoczątkowała wszechogarniającą nienawiść. Gotycką grozę podsyca miejsce akcji powieści, hrabstwo Yorkshire. Piękne i surowe zarazem. Miałam przyjemność je odwiedzić.

cdn.

poniedziałek, 19 maja 2014

Noc Muzeów 2014!

17 maja odbyła się kolejna Europejska Noc Muzeów. Dla wszystkich miłośników sztuki to wydarzenie, którego nie można po prostu zignorować. Olsztyn nie zawiódł i uraczył gości mocą atrakcji! W inicjatywie wzięły udział: Muzeum Warmii i Mazur, Dom "Gazety Olsztyńskiej", Galeria "Rynek" MOK, Kościół Ewangelicko-Augsburski, BWA, Muzeum Przyrody oraz Archiwum Państwowe. A jak ja spędziłam ten uroczy wieczór? :)

Naturalnie, zaczęłam od BWA -->klik. Wszyscy odwiedzający Galerię mieli okazję zapoznać się z projekcją wideo instalacji Nosferatu. Dyktator Lęku autorstwa Jacka Malinowskiego. Była to rzecz oryginalna i ciekawa. I nie jest to sarkazm. Inspiracją była powieść Brama Stokera Dracula oraz jego dwie ekranizacje: Nosferatu - symfonia grozy oraz Nosferatu- Wampir. Na temat wampirów mogłabym się rozpisać w nieskończoność z racji wielkiej miłości, jaką darzę Anne Rice, jednakże w powodu (niestety) wciąż aktualnego fejmu "Zmierzchu", daruję sobie dzisiaj. Instalacja składa się z dwóch, jednocześnie wyświetlanych filmów - Część I Berlin, 30 min o Część II Warschau, 34 min. Część I pozbawiona jest dialogów. To niema projekcja przesycona estetyką ekspresjonizmu, charakterystycznego dla I połowy XX wieku. Niewątpliwie obraz miał wzbudzać u widzów lęk oraz niepokój. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że odbiorca miał się po prostu czuć niepewnie i niewygodnie. Część II za to była, w moim odczuciu, komedią pełną gębą, "dialogiem" pomiędzy Wampirem a nieodpowiadającą mu rzeczywistością/kamerą. Dywagacje na temat nieruchomości, przestrzeni, nauki języka polskiego, a nader wszystko o miłości do krwi, potu i łez. I wojen. Wszystko to było odrobinę frasobliwe. A na końcu zwieńczone jeszcze bardziej przygnębiającym rozważaniem o horrorze, czyli o samej ludzkości.





Na Sali Głównej można było również obejrzeć wystawę Obraz Marzeny Huculak.






Oprócz wystaw, BWA co roku punktuje podczas Nocy Muzeów wyprzedażą wydawnictw. W tym roku udało mi się nabyć dwa katalogi z twórczością Władysława Hasiora za oszałamiającą kwotę 6zł.

A co tam było słychać na olsztyńskim zamku? :)


W zasadzie na zamek udałam się w jednym celu - wernisaż wystawy Przepraszam, czy tu biją? Czyli Polski plakat filmowy lat 70. i 80.







To oczywiście tylko niektóre z zaprezentowanych plakatów. Noc Muzeów 2014 zaliczam do udanych, a tym, którzy nie byli, mogę tylko powiedzieć, żeby żałowali i nie przegapili jej za rok ;)

środa, 7 maja 2014

Witkacy na cacy.

Są obrazy, które lubię odwiedzać i lubię do nich wracać. W Warszawie jest to Stańczyk Matejki, w Krakowie Głowa chłopca Gwozdeckiego. A w Słupsku? A w Słupsku jest największa kolekcja obrazów Witkacego! Możemy ją zobaczyć w Muzeum Pomorza Środkowego (klik), mieszczącego się w Zamku Książąt Pomorskich.

Zdjęcia nie grzeszą jakością, ale w sali nie ma okien i obowiązuje zakaz wykonywania zdjęć z fleszem.



Tworzenie kolekcji rozpoczęto w 1965 roku. Zakupiono wówczas 110 prac od potomka zakopiańskiego lekarza i przyjaciela Stanisława Ignacego Witkiewicza, Teodora Białynickiego-Biruli. Wszystkie zakupione prace zostały wykonane suchymi pastelami.



W latach 1973-74 kolekcja powiększyła się o kolejne 54 prace. W 2005 roku zakupiono 14 portretów, pochodzących ze spuścizny Jana Leszczyńskiego. Dzisiaj kolekcja liczy 253 prace. W Muzeum wystawionych jest około 115-125 prac Witkacego. Z myślą o powracających fanach Witkiewicza, zestaw wystawianych prac jest częściowo zmieniany co kilkanaście miesięcy. W miarę możliwości finansowych oraz pojawiających się ofert sponsorów, kolekcja jest systematycznie powiększana. Najnowszym nabytkiem Muzeum jest pochodzący z 1914 roku Portret Marii Zielińskiej. Możemy go podziwiać od 14 marca 2013 roku. Portret bezdyskusyjnie zwiększa wartość kolekcji, szczególnie, że jest on wykonany w technice olejnej. Ciekawostką jest, że na zakup tego dzieła Muzeum dostało dofinansowanie w wysokości 249.600 zł, co stanowiło 3/4 kosztów zakupu.


Trwoga spowodowana wysokością tej kwoty. ;)





Spotkałam się ze zdaniem, że twórczość Witkacego pozostaje zbyt skomplikowana dla masowego odbiorcy. Ja postrzegam jego twórczość przez pryzmat oryginalnej osobowości, bez końca oddanej sztuce.


Polecam Grupę "Witkacy Cacy Cacy" --> klik
Każdemu odwiedzającemu Słupsk nakazuję zajrzeć do Zamku Książąt Pomorskich i pooddychać sztuką Witkacego. Uwaga! Jest totalnie wciągająca i uzależniająca. :)

"Spróbuj tu, bracie, czego w tym życiu do absurdu nie doprowadzić, jako że to całe istnienie, święte i niepojęte, to jeden wielki absurd - walka potworów i tyle..."*

* S.I. Witkiewicz, Szewcy, [w:] Dramaty, t. 1, PIW, Warszawa 1972, s.573.

niedziela, 4 maja 2014

Spacer nad morzem

Jest wieczór, jest cisza, jest chłodno, więc powróćmy do tych kilku kwietniowych, cieplejszych dni nad morzem.


Co najbardziej lubię w takich spacerach? Ciszę. Chwilę zapomnienia i wytchnienia. Pustkę, bynajmniej nie taką, która przytłacza. Taką, która daje moment wyciszenia, wyłączenia bałaganu myśli.


Na Warmii i Mazurach też mam piękne lasy, polany i jeziora, ale morze jest w jakiś sposób magiczne.








A na koniec to, co każdy prawdziwy fan Muminków i Panny Migotki uwielbia, czyli zbieranie muszelek!


I spacerowy song --> klik