środa, 9 kwietnia 2014

Szkarłatny płatek i biały

Powieść Michela Fabera wpadła w moje ręce zupełnie przypadkowo, czym po raz kolejny zaprzeczam swojemu wcześniejszemu twierdzeniu, jakoby książkowe zakupy były zawsze (albo przynajmniej najczęściej) dobrze przemyślaną i zaplanowaną transakcją. Kupiłam ją kiedyś jako tani dodatek do innej książki. Spieszę tłumaczyć, co w moim mniemaniu oznacza tani dodatek. Szukasz jakiejś książki na allegro, znajdujesz, a jej cena jest niższa niż koszt wysyłki. Co zatem zrobić z tym fantem? Przeczesać resztę aukcji sprzedawcy w poszukiwaniu tanich dodatków, książek, o których niekoniecznie wcześniej słyszałeś/słyszałaś, ale wydają się być spoko. A jak spoko nie będą, to zawsze można je wypuścić w świat (pożyczając bezpowrotnie) albo sprzedać w akompaniamencie innych, znudzonych czy kiepskich pozycji.


Tak się złożyło, że mój tani dodatek w postaci "Szkarłatnego płatka i białego" okazał się być jak najbardziej spoko. Nie mam zamiaru go wypuszczać w świat :) Urzekł mnie już sam tytuł, który do tej pory wydaje mi się jakąś niezrozumiałą, językową fanaberią tłumacza. Albo zdaniem wypowiedzianym przez Yodę. Oryginał brzmi The Crimson Petal and the White. Tytuł wziął się z fragmentu wiersza Now sleeps the crimson petal autorstwa Alfreda Tennysona (klik). Cały wiersz można przeczytać tutaj --> klik


Czym jest powieść Fabera? Już na okładce znajdziemy super-zachęcającą reklamę: "Zmysłowa powieść w stylu Dickensa". Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ba! Uważam, że na tych 838 stronach nie znajdziemy ani krzty zmysłowości, ale do rzeczy.


Akcja toczy się w 2 połowie XIX wieku w Londynie. Naszym przewodnikiem w zwiedzaniu wiktoriańskiej Anglii jest główna bohaterka powieści, Sugar. Co mnie najbardziej urzekło w tej powieści, to fakt, że zaglądamy nie do pięknych, wyrafinowanych angielskich wnętrz, ale do tych najbardziej obskurnych, dotkniętych syfami, chorobami, fekaliami i dewiacjami. Tak, Sugar jest prostytutką. Nie byle jaką, bo inteligentną, oczytaną, która każdą wolną chwilę poświęca tworzeniu swojej pierwszej powieści. Sugar wierzy, że może wyrwać się z gówna, w którym obecnie egzystuje. Towarzyszymy jej w najbardziej intymnych chwilach, nawet przy odprawianiu antykoncepcyjnego rytuału.

William Rackham to dziedzic imperium kosmetycznego Rackham Perfumeries. Z początku poznajemy go jako nieogarniętego bubka, który nie pali się zbytnio do wspierania firmy ojca, ponieważ uważa, że jest pisarzem. Nie, niczego nie opublikował, samo pisanie też idzie mu strasznie opornie, ale nie przeszkadza mu to w twierdzeniu, że nie nadaje się do prowadzenia biznesu tatusia. Zmienia się to w chwili, w której uświadamia sobie, że jest w dupie finansowej i fakt bycia w jego wieku utrzymankiem ojca staje się powodem do niejakiego wstydu. Tym bardziej, ze William ma żonę. I dziecko, o którego występowaniu w przyrodzie czytelnik dowie się gdzieś dopiero w połowie książki. William jest zawiedziony swoim życiem i Agnes, żoną zmagającą się z chorobą psychiczną. Na ratunek spieszą mu przyjaciele z dawnych lat. Kompani z Cambridge, Bodley i Ashwell znani są z hulaszczego życia i nie zawracania sobie głów nudnymi, moralnymi zasadami. Kiedy Rackham słyszy kilkukrotnie hasło "Sugar", nie tylko od przyjaciół, ale także od dwóch prostytutek Claire i Alice, które odmówiły Panu Rackhamowi kilku zachcianek, wie, że musi poznać tę dziewczynę. Znajdzie ją w burdelu u Pani Castaway. Potem obudzi się w nim ogier i weźmie się za interesy.

Wspomogę się cytatem, aby uświadomić wam, jak cenna jest Sugar.

"Sugar nie proponuje jednak mężczyznom wyłącznie uległości i wyuzdania. Uległość i wyuzdanie nie kosztują drogo. Za kilka pensów na dżin każda bezzębna wiedźma zrobi wszystko, czego może zażądać mężczyzna. Sugar jest wyjątkowa dlatego, że robi to samo, co najbardziej zdesperowane ulicznice, ale z uśmiechem niewinnego dziecka. W jej zawodzie trudno o rzadziej spotykany skarb niż dziewczyna o wyglądzie dziewicy, która poddaje się potopowi sprośności, po czym wstaje z łóżka pachnąca niby róża, z przyjaznym spojrzeniem spaniela i uśmiechem niewinnym jak rozgrzeszenie. Mężczyźni wciąż do niej wracają i pytają o nią po imieniu, przekonani, że pożąda rozpusty równie gorąco jak oni - a jej koleżanki, widząc, że klienci dają się na to nabrać, kiwają tylko głowami z zazdrosnym podziwem."*

Jak łatwo się domyślić, w końcu William i Sugar spotykają się. Ich pierwsze spotkanie nie wygląda jak przygoda rodem ze "120 dni sodomy" de Sade'a. Na pierwszym spotkaniu z najsławniejszą prostytutką Londynu, Rackham był tak pijany, że zasnął w jej łóżku i zlał się w spodnie. Jeżeli takie rzeczy was odrzucają, to nie bierzcie się za lekturę Fabera.

Sugar rozkochała w sobie Williama do tego stopnia, że najpierw wykupuje ją na wyłączność, potem zabiera z burdelu Pani Castaway, a na końcu zatrudnia w roli guwernantki swojej córki i sprowadza do domu Rackhamów. Jak potoczą się losy Sugar? Przekonajcie się sami! Mogę obiecać, że nie będziecie się nudzić.

Jako ciekawy dodatek do powieści Michela Fabera mogę polecić wypuszczony w 2011 roku przez BBC miniserial o tym samym tytule.


Miniserial składa się z 4 odcinków. Każdy trwa mniej więcej godzinę. Dobrze oddają fabułę książki, postać Rackhama została zagrana przez Chrisa O'Dowda, przez co czuję spotęgowaną pogardę do Williama. Na plakacie widzimy Sugar, wiem, że o upodobaniach się nie dyskutuje, ale ona miała być chodzącą pięknością. Chociaż, Faber w książce opisywał przypadłość, na którą cierpiała Sugar jako piękną i dodającą jej uroku. Była to łuszczyca, przez którą skóra prostytutki mieniła się jak rybie łuski. Rzeczywiście piękne. Nie mam w takim razie pytań.



Na sam koniec zostawiłam sobie perełkę. Tak! Panią Castaway zagrała Gillian Anderson! :)


* Michel Faber, Szkarłatny płatek i biały, Świat książki, Warszawa 2007, str. 41.

środa, 2 kwietnia 2014

Poprawność polityczna ponad wszystko.

Przeglądając sobie dzisiaj gazetkę o wnętrzach wpadłam na coś wybitnego.
Fotografia całkiem przyjemnego wnętrza. Aż tu nagle takie rzeczy! Moim sokolim wzrokiem wypatrzyłam książkę o wdzięcznym tytule "Hitler II".




Najwyraźniej autorzy jednak doszli do wniosku, że wyżej wymieniony tytuł jest co najmniej niezręczny. Dlatego właśnie, na następnej stronie, gdzie znajdziemy kolejną fotografię tego samego wnętrza, nie uraczymy już tej cudownej pozycji!



Drogie kwietniowe "Cztery kąty", you made my day! :)

piątek, 28 lutego 2014

Podróże międzygalaktyczne.

Nie znoszę podróżować. Zwłaszcza w obrębie Polski. Do szału doprowadza mnie prawie wszystko. Nastrój podkręca melodia w uszach, której słowa idealnie wpasowują się w mój stan: Everything makes me furious, everything makes me "why?". Podróż zawsze jest dla mnie nie lada wyzwaniem. I pomijam tu chorobę lokomocyjną, która polega na permanentnym stanie omdlenia połączonym z niemiłosiernym bólem głowy. Wolałabym wersję wymiotującą, bo jakoś tak mam wrażenie, że po zwymiotowaniu całej tej niewygodnej podróży następuje błogi spokój. A tak męczą mnie nerwicowe skurcze, twarz oblewają lodowate poty i czuję, że gdy tylko spróbuję wstać, pogorszę swój stan. Stresuje mnie otoczenie. Przede mną, oprócz ładnej informacji o nowych, wakacyjnych połączeniach (jest luty), znajduje się ogromna ulotka?/tablica informacyjna pt. "Przypomnienie zachowań na wypadek pandemii grypy". Nie wiem, jak mam to rozumieć? Chyba jako preludium do ataku paniki.

Naprzeciwko mnie siedzą dwie starsze panie. Jedna za drugą, ponieważ siedzenie razem najwyraźniej ograniczałoby komfort podróży obu pań. Obie mają na głowach urocze berety (naprawdę uważam, że berety z antenką są fenomenalne i sama taki nabyłam), a na nogach obuwie oscylujące pomiędzy kozakami a śniegowcami. Ciężko jednoznacznie orzec jakie to właściwie są buty. I tak sobie siedzą i rozmawiają. Krzycząc, bo przecież jedna siedzi tyłem względem drugiej i kiepsko się słyszą. Apogeum polskości następuje zaraz po starcie, kiedy jedna z pań wyjmuje soczystą kanapkę z salcesonem czy czymś podobnym, w każdym razie o rażącej sile zapachu. Głodna kobieta - niech je, ale czy zasmradzanie pasażerów jest naprawdę konieczne podczas kursu, który wynosi zaledwie 61 km i trwa około godziny? Życie zaskakuje mnie ogromną ilością pytań, na które ciężko znaleźć prawidłową odpowiedź.

W zasadzie kwestia jedzenia jest jedną z 5 podstawowych, o które się "modlę" przed podróżą. Dotyczą przede wszystkim dłuższych podróży pociągiem.
1. Żeby tylko nikt śmierdzący nie siedział w pobliżu
2. Żeby nikt nie zajął mojego miejsca, bo za każdym razem czuję się idiotycznie tłumacząc, dlaczego w kasie prosiłam o miejsce pod oknem w kierunku jazdy (patrz wyżej - permanentne omdlenie)
3. Żeby nikt nie jadł niczego śmierdzącego (patrz wyżej - niemiłosierny ból głowy), BŁAGAM!
To niestety nie zawsze się udaje i zazwyczaj kiedy już wygodnie usiądę i mówię w duchu "Udało się! Jest ok!", ktoś obok wyciągnie sałatkę śledziową...
4. Żebym nie napotkała w przedziale alkoholików, dzieci-małp wiszących w połowie za oknem lub na półce bagażowej, zakonnic, zagubionych, niepoinformowanych itp.
5. Żeby pociąg nie trafił na watahę dzików, żeby nie chciało mi się siku i inne drobniejsze niedogodności

Z niecierpliwością czekam na teleportację.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Seksizm nasz codzienny?

Ostatnio wpadłam całkiem przypadkiem na dość ciekawy filmik (klik) ukazujący dzień z życia kobiet. Dzień z życia kobiet prawie nie może obyć się bez seksizmu. Filmik przyciąga uwagę przede wszystkim tym, że w roli ofiary występuje mężczyzna, oprawcami zaś są kobiety. I o co tyle krzyku? Opowiedziałam o tym Panu S. i jego reakcja w zasadzie była dość przewidywalna. Facet atakowany seksistowskimi żarcikami? Nie znam żadnego, któremu by się to nie spodobało! Jestem prawie pewna, że właśnie takie, a nie inne zdanie Panów na temat seksistowskich zaczepek ze strony kobiet jest powodem, dla którego Panowie, którzy rzeczywiście zostali skrzywdzeni przez kobiety mają obawy przed zgłoszeniem tego na policję.

Gdzie to się ulęgło i kto iluminował ludzkość dając przyzwolenie na reifikację bliźniego? Zawsze mnie to zastanawiało. Jasne, nastawienie do życia, wychowanie, wchłonięte wzorce na pewno są w jakimś stopniu przyczyną. Nie do końca wiem, czy to obraźliwe, ale dla mnie facet, który pozwala sobie na takie zachowania jest zwierzęciem niepotrafiącym panować nas swoimi popędami. Chciałam napisać psem, ale za bardzo lubię psy i nie ma co ich tu obrażać. A proszę zauważyć, że panowanie nad popędami jest czymś, co przypisuje się cywilizowanym kulturom.

Czy kiedykolwiek zetknęłam się z takimi zachowaniami? Tak i powiem szczerze, że mimo mojej niewyparzonej gęby nie zawsze potrafiłam odpowiednio (i odpowiednio szybko) zareagować, ponieważ byłam w ciężkim szoku, że to się w ogóle stało!

Zachęcam do obejrzenia i przemyślenia sprawy. Nie, Panowie, klepnięcie w fajne dupsko bez wyraźnego pozwolenia właścicielki nie jest ok, słowna fala kretynizmów w postaci "fajna dupa/foczka/piczka etc." też nie jest ok. Pytanie przypadkowych kobiet "czy mają coś na sprzedaż i za ile?" też nie jest ok. Wszystkim Panom, którzy pozwalają sobie na takie zachowania i którzy mają córki serdecznie życzę, żeby nigdy nie doznały traktowania jako "wspólne dobro narodu męskiego".

piątek, 7 lutego 2014

Styczniowe czytanki

Tak się cudownie składa, że bardzo lubię czytać. Nie wszystko, jestem dość wybredna w życiu, książki nie są żadnym wyjątkiem. Z reguły nie ulegam również efektowi tłumu i nie czytuję tego, co jest "trendi". Jak wyszukuję sobie nowe czytanki? Jestem klasycznym babsztylem-sroką. No i jak na klasycznego babsztyla przystało, uwielbiam promocje i wyprzedaże. Jak znajduję książkę za 4zł, a na jej odwrocie akcja zapowiada się nieźle, to nie zastanawiam się dłużej niż 13 sekund. Ale to nie zdarza się często. Raczej to przemyślane (chociaż odrobinkę) wybory. Inne tropy to recenzje, listy typu "top pincet książek, które musisz znać!", z polecenia znajomych, wytropione po gatunku, autorze itp.

Lubię polować na swoje perełki na allegro, ponieważ nie godzę się na otaczającą mnie rzeczywistość, w której książki kosztują 40zł i więcej. Ja przepraszam, ale to jest chore, kiedy ludzie mają na przeżycie nieco ponad tysiąc. Cudownym odkryciem ubiegłego roku jest dla mnie księgarnia, której nazwy aktualnie nie pamiętam. Chyba ma "TAK" w nazwie. Ważne, że wiem, gdzie znajduje się w Olsztynie. Są tam naprawdę genialne ceny książek. A i tytuły można znaleźć niezłe, w tym "Middlesex" J. Eugenidesa, którą już kiedyś miałam, ale na studiach pożyczyłam koleżance i mimo moich kilku próśb i ponagleń książka do mnie nigdy nie wróciła. Dlatego nienawidzę pożyczać książek. Szukałam jej potem wielokrotnie, bez skutku, aż tu nagle, całkiem przypadkiem przy świątecznych zakupach taka niespodzianka!

W styczniu udało mi się zaliczyć 3 pozycje, może dużo, może mało, pewnie zależy dla kogo... Po powtórnym przeczytaniu poprzedniego zdania, uważam, że jest ono co najmniej dziwne. W każdym razie... Czytanki styczniowe to w zasadzie 2 prezenty i 1 łup z allegro.


Po zakończeniu studiów i perturbacjach związanych z przyszłością mego żywota, postanowiłam porzucić, przynajmniej na jakiś czas, lektury filozoficzne. Na pewno do nich wrócę, nie mówię też, że całkowicie je wykluczyłam czy spaliłam na stosie. Teraz jednak wolę oddawać się z przyjemnością swojej kryminalnej miłości. I tak oto zaczynamy od pierwszego kryminaliszcza, czyli "Miodowej pułapki" popełnionej przez Unni Lindell.


Jest to świąteczny prezent od Pana S. Autorka nie była mi wcześniej znana. Z notki biograficznej dowiadujemy się, że Pani Lindell jest norweską dziennikarką i pisarką, która zadebiutowała powieścią dla młodzieży, następnie dla tejże grupy wiekowej stworzyła ich jeszcze ponad 20. Powiem szczerze, że po tej informacji, będąc w księgarni, odłożyłabym książkę tam, gdzie jej miejsce. Nie od razu do piekła, najpierw na półkę. Wprawdzie w notce znajduje się również informacja o wielokrotnym nagradzaniu autorki, w tym za powieść kryminalną, ale to już nie zdołało uratować mojego pierwszego wrażenia. Pan S. sam się przyznał, że upewniał się u obsługi księgarni, czy przypadkiem nie jest to książka dla młodzieży.
Jak chcesz wyjść na przeintelektualizowanego przemądrzalca albo przynajmniej pragniesz wyglądać w oczach czytelnika inteligentniej, to walnij sobie na początek jakiś cytat. Tak mi powiedzieli na studiach. I proszę, zaczynamy od cytatu. Nie byle jakiego, bo jednej z moich ulubionych pisarek/poetek, Sylvii Plath. Historia kręci się wokół wrednej staruszki, Very, morderstwa młodej Łotyszki oraz zaginięcia pewnego chłopca. Pozornie śmierć dziewczyny i zniknięcie chłopca nic nie łączy, jednak na wierzch co i rusz wypływają nowe fakty, które obie sprawy sprowadzają do jednego punktu. Książkę czyta się szybko i dość przyjemnie, ja skończyłam w 2 dni. Nie będę się jakoś specjalnie rozwodzić, powiem tylko, że według mnie to kryminał dla mało wymagających czytelników. Mam wrażenie, że historię można było opowiedzieć ciekawiej.

Druga pozycja to prezent od mamy. Wybrany przeze mnie, co sugeruje, że jednak czasem efektowi fali ulegam. Jest jakiś szał na Jo Nesbo. Gdzieś wyczytałam, że tym, którzy pokochali trylogię Stiega Larssona, książki tego autora na pewno się spodobają. I to właśnie to stwierdzenie popchnęło mnie w ramiona Nesbo. "Millenium" uwielbiam, czytałam kilkukrotnie, obejrzałam szwedzkie ekranizacje, cudo!


Gorzej z "Człowiekiem nietoperzem" Jo Nesbo. Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole liczy sobie 10 tytułów, a ja postanowiłam zacząć od pierwszego z listy. Samo nazwisko komisarza jest dosyć zabawne, już na początku dowiemy się, że nie czyta się go jak "dziura", tylko jak "święty". Historia opowiada przybycie komisarza do Sydney w celu wyjaśnienia morderstwa jego rodaczki. Istnieje podejrzenie, że zamordowana mogła być ofiarą seryjnego mordercy. Ciągnie się to wszystko jak flaki z olejem, przez tydzień męczyłam tę książkę. Może Australia nie przypadła mi szczególnie do gustu. Wylew i przesyt prostytutek, narkotyków, queerów i innych był strasznie męczący. - SPOILER ALERT -
A na koniec mordercę pożera...stwór z głębin. W tym momencie najodpowiedniejsze będzie zadanie sobie pytania --> klik  Jedynym plusem całej książki było kilka nowinek o Aborygenach. Całościowo, generalnie, holistycznie - NUDA. Postaram się dać drugą szansę autorowi, podobno reszta przygód komisarza Dziury jest zdecydowanie lepsza.

Trzecia pozycja, łup z allegro. Po mini researchu na temat twórczości Charlotte Link doszłam do wniosku, że to może być to. Na szczęście pominęłam całkiem przypadkiem istotny fakt pochodzenia autorki. Gdybym wiedziała, że to Niemka, to bym jej nie kupiła. I to nie chodzi o jakieś uprzedzenia skierowane bezpośrednio do Niemców. Dyskwalifikuję wszystko i wszystkich ze względu na głupoty. Staram się unikać na przykład polskich autorów, bo jakoś wygodniej mi się czyta o Tomie i Samie, zamiast o Zdzisławie i Gienku.


"Wielbiciel" Charlotte Link rozpoczyna się od znalezienia przez starsze małżeństwo zwłok brutalnie zamordowanej dziewczyny. W lesie, podczas beztroskiego spaceru. Jednocześnie gdzieś tam sobie w innej rzeczywistości pewna młoda kobieta jest świadkiem samobójstwa innej młodej damy. Oczywiście, głupi nie jesteśmy i od razu wiemy, że te dwie sprawy muszą się jakoś połączyć. I łączą się w sposób naprawdę wyborowy. "Wielbiciel" urzekł mnie głównie za sprawą wnikania w psychikę mordercy. W zasadzie nie jest on żadną tajemnicą, poznajemy go stosunkowo szybko i coraz szybciej poznajemy jego mroczne sekrety. W książce ciągle coś się dzieje, autorka nie daje czytelnikowi wytchnienia. Byłam tak zaczytana, że kiedy w trakcie dostałam smsa padłam prawie na zawał. I właśnie za te emocje czapki z głów dla tej pozycji! W kolejce czeka już na mnie "Obserwator", mam nadzieję, że zdołam upolować coś jeszcze autorstwa Charlotte Link. Standardowo muszę się jeszcze do czegoś przyczepić i będzie to sama okładka. Z daleka wydaje się spoko, jakaś postać w lesie spowitym mgłą. I nagle BACH!


Baba z żółtą torebką... Nie wiem, może nie ma w tym nic dziwnego ani śmiesznego, ale jak to dojrzałam, to nie mogłam przestać się śmiać.

To na tyle. Do następnego!

czwartek, 16 stycznia 2014

Nienazwane

W ubiegły czwartek miałam przyjemność uczestniczyć w uroczystym otwarciu Centrum Ekspozycyjnego Stara Kotłownia Wydziału Sztuki UWM. Będzie to miejsce wszelkich działań wystawienniczych Wydziału Sztuki. Od siebie mogę jedynie powiedzieć, że trzymam kciuki! Miejsce bardzo oryginalne, ale i wymagające pod względem wystawienniczym. Otwarciu towarzyszyła wystawa prac dwóch autorek bezpośrednio związanych z Wydziałem Sztuki, Anny Drońskiej oraz Violetty Kulikowskiej-Parkasiewicz. Kuratorem wystawy jest Małgorzata Bojarska-Waszczuk, którą mam przyjemność znać osobiście. Stara Kotłownia ma w planach propagowanie sztuki współczesnej, nie tylko z regionu Warmii i Mazur. Brzmi obiecująco :)

 
Wystawa nosi tytuł "Nienazwane. Anna Drońska - obrazy, Violetta Kulikowska-Parkasiewicz - rysunki". Twórczość pierwszej artystki nie jest mi obca, miałam z nią styczność podczas studiów, kiedy odbywałam staż w olsztyńskim BWA. Wtedy też, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu, BWA prezentowało wystawę prac Anny Drońskiej pod intrygującym tytułem "Opuszczone-odzyskane" (kwiecień - maj 2012). Sztuka Pani Drońskiej dla większości odbiorców nie należy do sztuki łatwej i przyjemnej. Według mnie jest zachwycająca. Przyciąga uwagę swoją drobiazgowością, konsekwencją i wykorzystaniem niecodziennych materiałów. Dla mnie, wielkiej fanki niekonwencjonalnych rozwiązań to raj. W obecności prac tej autorki czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami. Postanowiłam zrobić kilka zdjęć i przybliżyć wam obiekty mojej fascynacji.


Anna Drońska
"Obraz V. Porosty"
2010, technika własna, mieszana
160/200 cm

Nie wiem jak wy, ale ja, jak tylko patrzę na ten obraz, to czuję zapach rdzy i porostów. Coś pięknego. Miałam przeogromną ochotę go dotknąć, wchłonąć całą sobą, ale dobre wychowanie mnie przed tym powstrzymało. Obraz przywodzi mi na myśl przemijanie, rozkład, starość, wszystko to, co niepotrzebne, zapomniane i niechciane. Teraz, na nowo przejęte i odzyskane przez porosty.






Anna Drońska
 "Obraz VIII. Karaczany"
2011, technika własna, mieszana
160/200 cm

To trzeba zobaczyć z bliska. Zeschła, odpadająca biała farba, a poniżej linia życia wyznaczona przez... karaczany! Ten obraz kojarzy mi się z opuszczonym szpitalem. Nie do końca sama wiem dlaczego, ale w zasadzie dla mnie jest to poczekalnia opuszczonego szpitala psychiatrycznego. Może za dużo horrorów oglądam. Mam wrażenie, że te kawałeczki obrzydliwie odpychającej farby kryją w sobie nieopowiedziane historie, a karaczany są jedynymi ich świadkami.








Anna Drońska
 "Obraz VII. Grzyby"
2011, technika własna, mieszana
160/200 cm

Nie udało ni się uchwycić całego obrazu, jest to jedynie mała część, ale wierzę, że oddaje klimat całości. W dzieciństwie uwielbiałam niedzielne wycieczki rodzinne, podczas których miałam szansę "pozwiedzać" przepiękne, mazurskie lasy. Las jest dla mnie miejscem wyjątkowym, magicznym, kryjącym liczne tajemnice. Pozwolę sobie przybliżyć fragment tekstu autorki, który znalazł się w katalogu wystawy "Opuszczone-odzyskane":
"(...) współcześni zdają się nie doceniać królestwa grzybów. Nauczeni aby przywiązywać wagę jedynie do tego co materialne, namacalne i przede wszystkim przeliczalne, trwamy w błogiej nieświadomości istnienia w naszym otoczeniu super organizmów. Niewidzialna sieć grzybni oplata świat. Z jakiegoś powodu uczy się naszych niedoskonałości, analizując ubytki w ludzkich systemach odpornościowych."*

Powyższe prace autorstwa Anny Drońskiej są dla mnie wulkanem energii, emocji i przemyśleń. Przedstawione na wystawie prace autorstwa Violetty Kulikoswkiej-Parkasiewicz leżą na przeciwnym biegunie. Niosą spokój i ukojenie. Są łagodne i jak powiedziała sama artystka, bardzo intymne. Dlatego postanowiłam pozostawić przy nich lukę na indywidualne przemyślenia każdego z nas.
Polecam zapoznać się wypowiedzią artystki na temat jej twórczości, tutaj -> klik












Odwiedziny Centrum Ekspozycyjnego Stara Kotłownia pozwolę sobie podsumować pracą Pani Violetty Kulikowskiej-Parkasiewicz:


W najbliższym czasie mam zamiar odwiedzić kilka interesujących mnie wystaw, o których na pewno tutaj wspomnę :)


* Katalog wystawy "Opuszczone-odzyskane", BWA Galeria Sztuki w Olsztynie, ISBN 978-83-89228-85-7

piątek, 3 stycznia 2014

Miniseriale kryminalne.

Przyznaję się, bardzo lubię seriale. Na długiej liście serialowych tasiemców, które obecnie śledzę znajdują się m. in. "Once upon a time", "Vikings", "House of cards", "Shameless", "Suits", "Hannibal", "Perception", "Masters of sex", "American horror story". Jak łatwo zauważyć, przekrój tematyczny jest dosyć obszerny. Każdy ma coś w sobie, jedne nudzą mi się szybciej, inne oglądam z zapartym tchem i zawsze, kiedy producenci robią przerwy "bo święta", "bo rozgrywki czegoś tam", "bo trzeba budżet uzbierać" moje serce krwawi. Z tych i wielu innych powodów bardzo lubię miniseriale.
Zdecydowanie wolę, żeby ograniczały się do max 5 odcinków. Szczególnie bliskie mojemu sercu są miniseriale kryminalne. Uwielbiam intrygi, zagadki, śledztwa, morderstwa, konteksty zbrodni... Oczywiście, jak na miłośniczkę kryminału przystało, szanuję szczególnie te historie, które wymagają ode mnie wysiłku intelektualnego, zapierają dech w piersiach, a niekiedy powodują, że szczęka mi opada. Postanowiłam przedstawić top 5 miniseriali (chociaż nie zawsze mini i nie zawsze w 100% kryminalnych), które najbardziej przypadły mi do gustu w ubiegłym roku. Jest to lista jak najbardziej subiektywna, ułożona wg tego, co mi się przypomni, nie jakiejś konkretnej skali ocen. Wszelkie sugestie, spory i krytyka są mile widziane :)

1. "Broadchurch" - ITV, 8 odcinków, 2013
Broadchurch to urocze, położone nad morzem, spokojne miasteczko, gdzie wszyscy się znają i są dla siebie życzliwi. Sielanka kończy się w momencie rozpoczęcia naszej kryminalnej historii, czyli tragedii rodziny Latimerów. Syn Marka i Beth, 11-letni Danny, zostaje znaleziony martwy na plaży. Pojawiają się pytania o przyczynę śmierci chłopca. Kiedy staje się jasne, że nie jest to śmierć samobójcza, zaczyna się poszukiwanie mordercy. Każdy mieszkaniec może być potencjalnym zbrodniarzem. Śledztwo utrudniają przepychanki detektywów, Ellie Miller i Alec Hardy nie pałają do siebie z początku sympatią. Ellie zna dobrze rodzinę Latimerów, przez co spotyka się z zarzutem braku obiektywizmu. Alec jest detektywem z zewnątrz, który zwinął sprzed nosa detektyw Miller awans. Odkrywanie kolejnych sekretów mieszkańców dodaje pikanterii całej historii i powoduje zamęt w przypuszczalnie łatwej do rozwiązania zagadce. W zasadzie wszystko w ostateczności się rozwiązuje, stąd moje zdziwienie i ciekawość na wieść o sezonie 2.

2. "What remains" - BBC, 4 odcinki, 2013
Dom przy Coulthard Street nie byłby żadnym wyjątkowym miejscem, gdyby nie fakt, że na strychu znaleziono zwłoki młodej kobiety, Melissy. Właściwie są to szczątki, gdyż okazuje się, iż śmierci kobiety nie odnotowano przez 2 lata. Dom to nie blok, składa się z zaledwie kilku mieszkań, jakim więc cudem żaden z mieszkańców nie zauważył zniknięcia sąsiadki z ostatniego piętra? Wśród uroczych sąsiadów poznamy przyszłych rodziców - Michael i Vidya dopiero co wprowadzili się do domu przy Coulthard Street i zajęci są głównie urządzaniem nowego gniazdka. Kolejne mieszkanko zajęte jest przez parę projektantek, Peggy i Elaine. Od początku sprawiają wrażenie co najmniej dziwnych. Następnie - Kieron, dziennikarz mieszkający z nastoletnim, odrobinę zbuntowanym synem, Adamem. Ostatnie mieszkanie na parterze należy do starszego nauczyciela matematyki, będącego również właścicielem domu, Joe. Oficjalnie Joe mieszka sam, jednak widz szybko dowie się, że to nie do końca prawda. Sprawą zajmuje się detektyw Len Harper, który już za moment ma odejść na emeryturę. Sfrustrowany uznaniem śmierci Melissy za samobójstwo i zamknięciem śledztwa, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Co właściwie spotkało Melissę, czy mieszkańcy domu są tak niewinni jak początkowo nam się wydaje? Świetna historia i prawdziwy wulkan emocji rozgrywających się w mrocznych ścianach jednego domu.

3. "Mayday" - BBC, 5 odcinków, 2013
Mieszkańcy małego, brytyjskiego miasteczka z niecierpliwością czekają na coroczną paradę otwierającą majówkę. Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik, kiedy nagle okazuje się, że brakuje jednego, kluczowego elementu święta, Królowej Maja. Tegoroczną Królową została 14-letnia Hattie Sutton, która w ostateczności nie dociera na paradę. Jesteśmy świadkami zniknięcia dziewczyny oraz narastającego w miasteczku napięcia. Czy Hattie uciekła? A może ktoś ją skrzywdził? Jeśli tak, który z mieszkańców mógłby pragnąć jej krzywdy? Może to Malcolm Spicer, który w wyniku działań dziewczyny na rzecz środowiska stracił ogromną inwestycję? Czy krew odkryta na koszulce policjanta przez żonę, również policjantkę, zadziała na jego korzyść czy szkodę? A może bliźniaczka Hattie, Caitlin, wie więcej niż mówi? Sytuacja staje się coraz bardziej nieznośna, mieszkańcy zaczynają podejrzewać i wytykać siebie nawzajem. Rozpoczynają się poszukiwania dziewczyny. Fajna historia podpięta pogańskim nastrojem, ciut absurdalne rozwiązanie sprawy.

4. "Lightfields", ITV, 5 odcinków, 2013
Losy 3 rodzin zamieszkujących Lightfields w Suffolk w różnych okresach czasu (1944, 1975, 2012). Rodziny łączy coś więcej niż jedno miejsce. To młoda dziewczyna, która zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. W 1944 roku w wyniku ewakuacji z Londynu do Lightfields przybywa Eve wraz z młodszą siostrą, Vivien. Eve pomaga właścicielom farmy i zaprzyjaźnia się z ich córką, Lucy, która później ginie tragicznie w pożarze stodoły. Akcja w tym czasie skupia się przede wszystkim wokół żalu rodziny po śmierci córki oraz dochodzeniu Eve, która za wszelką cenę stara się dowiedzieć, co właściwie wydarzyło się w stodole i jak doszło do tragicznego wypadku. Minęło 31 lat od zdarzenia, kiedy do Lightfields przyjeżdża Vivien z córką, Clare. Wyjazd został zaplanowany na 6 tygodni, głównie po to, aby Vivien mogła odpocząć i przemyśleć swoje rozpadające się małżeństwo. Co dziwne, Vivien nie przypomina sobie, żeby odwiedziła kiedyś to miejsce, zupełnie tak, jakby jej umysł wymazał ten okres z pamięci. W 2012 roku obserwujemy, jak do Lightfields powraca bratanek Lucy, aranżując dom na mały, przytulny hotelik. Kiedy do domu przyjeżdża Pip, brat tragicznie zmarłej dziewczyny, zauważa, że wokół rodziny dzieją się niewyjaśnione zjawiska, które bierze za odwet niespokojnej duszy Lucy. Historia zakręcona, ale ciekawa. Smaczku dodaje wątek paranormalny zaserwowany w naprawdę nienachalny i przyjemny sposób.

5. "The fall", RTE, BBC, 5 odcinków, 2013

Nie będę kłamać i od razu się przyznam, że serial obejrzałam z powodu Scully. Gillian Anderson po "The fall" przestaje być wyłącznie Scully. Naprawdę, chapeau bas za rolę inspektor Gibson. Bardzo dobrze wykreowana postać. Rzecz dzieje się w Północnej Irlandii w mieście Belfast, gdzie dochodzi do serii morderstw. Po prawie miesiącu bezowocnego dochodzenia i kolejnych zbrodniach, lokalna policja decyduje się na zaangażowanie kogoś z zewnątrz. Inspektor Stella Gibson przejmuje śledztwo. Pod jej dowództwem policja powoli rozpracowuje motywy i sposób działania seryjnego mordercy, którego ofiarami padają młode kobiety o określonym typie urody, pozycji społecznej itp. Od początku wiemy, kto jest mordercą. To Paul Spector, mąż, przykładny ojciec dwójki dzieci, pracujący jako "bereavement counsellor", czyli ktoś wspierający rodziny po śmierci bliskich. Serial nie daje chwili wytchnienia, jest pełen zwrotów akcji, która nie kończy się wraz z 5 odcinkiem. W tym roku zobaczymy sezon 2. Już się nie mogę doczekać.

Rok 2013 opiewał w bardzo dobre kryminalne historie, mam nadzieję, że 2014 również mnie nie zawiedzie.